Portugalia w 7 dni – bilety, noclegi, jedzenie

Jeśli zamarzy Ci się kiedykolwiek podróż do miejsca, w którym będziesz przechadzać się między wąskimi uliczkami z kubkiem zimnej sangrii w ręku, będziesz prażyć się w słońcu pomimo październikowej jesieni w Polsce, a w ciągu krótkiej samochodowej przejażdżki dotrzesz do piaszczystych plaż otoczonych palmami i lokalnymi knajpami, gdzie zjesz świeże owoce morza… Podpowiem Ci: jedź do Portugalii.

W tym wpisie zabieram Cię we wspomnieniową podróż wzdłuż mojego jesiennego urlopu. Myśl o choć kilku wolnych dniach krążyła we mnie od dłuższego czasu. Doskonale wiedziałam, że po prostu potrzebuję spakować dużą walizkę i wyjechać gdzieś na dłużej i dalej niż jeden weekend. W tym roku wybór padł na Portugalię i – choć z pewną dozą niepewności – wybór ten okazał się perfekcyjny. W żyłach moich płynęło wino, pod skórą krążyło rozgrzane słońce, a serce… serce z głową dobiło targu i razem tańcowało z radości.

Piękne momenty zaczęły się już od pierwszego wieczoru w Lizbonie, gdy przed północą zalogowaliśmy się w hostelu i zrzuciliśmy bluzy oraz płaszcze. Kilka chwil później, w letniej sukience i espadrylach piłam zimne piwo, wdychając ciepłe i wciąż wakacyjne powietrze. Następnego dnia pokochałam Lizbonę całym sercem.

Jeśli miasto skrywa w sobie wąskie kamieniste i strome uliczki, pomiędzy którymi suszy się pranie i ciągną się urocze kawiarnie, a z wnętrz płynie muzyka – czuję się wyjątkowo swobodnie. To zobrazowanie tego, na co mogę „tracić” czas. Nigdzie się nie spiesząc, gubiąc się i gapiąc na każdą cegłę lub kafelkę (portugalskie azulejos) elewacji.

Oto pasteis de nata – tradycyjne portugalskie ciasteczka, wywodzące się historią z klasztoru hieronimitów w Belem. Ich podstawą jest ciasto francuskie, wypełnieniem zaś masa budyniowa i przepalona cukrowa skorupka. W Portugalii można je dostać niemal na każdym kroku (cukierni jest zdecydowanie więcej niż piekarni) – to „must eat” w tym kraju.

 

Dzielnica, w której mieszkaliśmy – Alfama – okazała się jedną z tych, które nie ucierpiały w historycznym trzęsieniu ziemi w 1755 roku i zachowała swój niepowtarzalny klimat. Z dostępnej przystani portowej, przedostaliśmy się do sąsiedniego miasteczka Almada, które przez niektórych traktowane jest jako miasto podróbek. Dlaczego? Dlatego, że spod potężnej figury Jezusa Chrystusa a’la Rio de Janeiro, będziesz spoglądać na most niczym Golden Gate Bridge w San Francisco. Oprócz tego, w Almadzie nie ma nic ciekawego – nie udało nam się nawet skosztować niczego dobrego. Zjadłam tam jednego ze słabszych dorszy, M. natomiast dostał steka w sosie o posmaku kilkudniowej lodówki. Niestety, nie pamiętam nazwy tego miejsca i nie mogę też doszukać się go w sieci. Niesmak po nieszczęsnym steku zrekompensował nocny widok na most po stronie Lizbony, z zimnym piwem w ręku i klapniętą pupą przy wybrzeżu.

Kolejnego dnia zdecydowaliśmy się wynająć samochód na resztę naszej wyprawy. Pierwszy cel – Coba de Roca, czyli geograficzny „koniec świata” – najdalej wysunięty skrawek Europy. Widoki, zapach i wiatr potrafiły zatrzymać serce na kilka chwil. Postanowiliśmy, że podjedziemy na położoną nieopodal Praia da Ursa – cudoooowną plażę, na której spędziliśmy najpiękniejszy zachód słońca. Zejście na nią nie było łatwe – w pewnych momentach przypominało wręcz górską wycieczkę (były nawet liny), jednak chęć spełnienia tegorocznego postanowienia, że wykąpię się w Atlantyku przy zachodzie było silniejsze. Jeśli kiedykolwiek zdarzy Ci się być w tej okolicy, koniecznie wybierz się tu – widoki są tego warte. Pamiętaj tylko, aby po zachodzie czym prędzej wdrapać się na górę (ok. 1,5 tysięcy kroków), gdyż szybko się ściemni.

Po powyższych zachwytach, nadszedł czas na kolejny cel -> Mercado de Ribeira, czyli pokaźnej wielkości targ spożywczo-gastronomiczny. W niewielkich boksach stacjonują tu pracownicy cukierni, lodziarni, kawiarni, winiarni, fast foodów i restauracji. Można tu podziwiać duże akwaria z krabami czy homarami, świeże owoce morza, dojrzewające sery czy szynki. Przy jednej ze ścian rządzą też szefowie kuchni (poznasz ich po szyldach z nazwiskiem i określeniem „cozinha de chef„). Pomimo tego, że była już 22, rozkoszowaliśmy się portugalskich winem, grillowaną ośmiornicą, dorszem z polentą i pad thai’em z krewetkami. Do tego przegryźliśmy ciepłe orzechy laskowe w czekoladowej skorupce i popiliśmy jeszcze więcej wina. Z tak radosnymi brzuchami dotarliśmy do hostelu, postanawiając, że jeszcze tu kiedyś wrócimy.

Nasz trzeci dzień zwiastował opuszczenie Lizbony na rzecz Porto z Fatimą w trakcie trasy. Nasze szczęście sprezentowało nam hostel w dzielnicy, w której pachniało świeżo złowionymi rybami i owocami morza, a wzdłuż plaży ciągnęły się liczne restauracje z pewniakiem co do jakości. W związku z tym, że mamy znajomego w tym mieście, wybraliśmy się do poleconej Tubarão (pol. rekin), gdzie dostaliśmy obłędnie soczyste owoce morza z ryżem. Było tu wszystko, czego potrzebowaliśmy, łącznie z winem, domowym pieczywem i marynowanymi oliwkami. Zaraz po kolacji, wskoczyliśmy z M, do metra i przed północą byliśmy już ze znajomymi w centrum na imprezie, popijając porto tonic, czyli białe porto z tonikiem, miętą i cytryną. W głowie jednak pozostał cel na następne dzień – zwiedzanie winnych piwnic.

Musze przyznać, że Lizbona może być poważnie zazdrosna o Porto. Miasto to, a szczególnie dzielnica Nova da Gaia oraz widok na Porto z mostu Ponte Luís I potrafi zachwycić! Nieopodal można też rozkoszować się widokiem mostu Maria Pia, zaprojektowanego przez Gustava Eiffel’a (tak tak, tego od wieży w Paryżu). Schodząc (lub zjeżdżając z dostępnych tu gondoli), dotarliśmy do królestwa wina. Po szybkim zorientowaniu się co do cen i godzin zwiedzania, nasz wybór padł na Sandemana (nie ukrywam, że w wyborze pomogły mi też rekomendacje lokalnych znajomych). Wybór okazał się na tyle doskonały, że brand ten jest bliski mojemu sercu ze względu na silną marketingowo-reklamową przeszłość. To właśnie ta marka jako pierwsza rozpoczęła kampanie i komunikację w mediach na temat swojego produktu. Zaprojektowane logo – odwrócony plecami mężczyzna w hiszpańskim kapeluszu i portugalskiej studenckiej pelerynie do złudzenia przypomina zorro (podobno J.K. Rowling ujrzała studenta w pelerynie, który przemykał przez słynną księgarnię Lello i wtedy zainspirowała się do stworzenia postaci Harrego Pottera). Samo wino można doskonale wyczuć, ile i w jakich warunkach było przechowywane. Te najmłodsze – są cudownie słodkie i pyszne przy czekoladowych deserach. Te, które leżakowały dłużej i w mniejszych beczkach, mają elegancki i bardziej „drewniany” posmak. To, co warte podkreślenia – ceny za butelki w tutejszych salonach wcale nie są wygórowane. Warto zatem zaopatrzyć się w kilka butelek (jeśli bagaż na to pozwala), gdyż w Polsce prym wiedzie marka Calem i Ferreira. Sandemana niestety nie udało mi się jeszcze dostać stacjonarnie.

To śniadanie przegryzione w Porto w cukierni, która specjalizuje się od 98 lat w eklerach. Znajdziecie ją pod adresem: Leitaria da Quinta do Paço, Praca Guilherme Gomes Fernandes 47.

Dzień w Villa Nova da Gaia warto zakończyć zachodem słońca na wysokości mostu, pod ogromnymi palmami. W ciepłe dni zbiera się tu mnóstwo osób tylko po to, by móc to przeżyć. Wyciągają wówczas przekąski oraz wino i rozkoszują się widokiem… Zrobiliśmy dokładnie to samo, a ja czułam, jakby miłość, która we mnie siedzi miała eksplodować od środka.

Po naszej Porto-przygodzie, ruszyliśmy przez całą Portugalię aż na „drugi koniec świata” – tym razem historycznie uznany koniec ówczesnego świata, czyli Sagres. Chroniąc nasze głowy od porywistego wiatru, złapaliśmy kolejny zachód słońca i doświadczyliśmy tego, jak silna i nieokiełznana jest przyroda. Z jednej strony wzniesienia wiatr był tak porywisty, że trzeba było zachować czujność, po drugiej stronie natomiast panował błogi spokój. Ciekawostką jest to, że na Sagres stacjonuje food truck, który się nazywa „last hot dog before America”.

Z Sagres, pojechaliśmy bezpośrednio do Portimao – miasteczka niedaleko Lagos (Algarve), w którym załapaliśmy hotel. To właśnie tu położona jest prawdopodobnie najpiękniejsza plaża w Europie. Rozciąga się z licznymi klifami i potrafi naprawdę zachwycić, zarówno nocą, jak i za dnia. Portimao było naszym ostatnim przystankiem w trakcie tego urlopu i to tu sprezentowałam sobie październikową opaleniznę, na którą nie miałam czasu w trakcie polskiego lata. Popijając wino, spoglądając na mojego M. robiącego salta na klifach, czułam, że podarowaliśmy sobie soczyste siedem dni błogiego lewitowania w pięknych okolicznościach i z samymi dobrymi myślami. Tak naprawdę, całe Algarve jest wręcz błękitne od Atlantyku i prażącego słońca. Starałam się złapać w oczach jak najwięcej widoków, aby móc do nich wracać, np. teraz – pisząc ten post.

Nasz ostatni portugalski dzień spędziliśmy w Lizbonie, przechadzając się przez dzielnicę Restauradores, robiąc ostatnie zakupy i pijąc ostatnią sangrię. Chcąc przegryźć coś przed samolotem, przypadkiem trafiliśmy do uroczej knajpki Cusca Cafe – stworzonej, by przywoływać myślami gościnność portugalskich mam i babć. Nie znajdziesz tu wykwintnych dań, tylko raczej zupę dnia, grzanki, tosty, lemoniadę i ogromne kawałki domowego ciasta. Trafiliśmy akurat na szpinakowy krem, marchewkowe ciasto i tosty z szynką parmeńską oraz grzanki z sardynkami. Objedzeni po brzegi, wskoczyliśmy w metro i pojechaliśmy na lotnisko – kończąc naszą portugalską wycieczkę.

Czuję ukojenie z tym wpisem. Było wspaniale.


Warto wiedzieć:

 

Bilety do Portugalii

Kupiliśmy je już latem. Dla trzech osób w dwie strony z dodatkowym bagażem (20 kg) zapłaciliśmy ok. 1 300 pln. Lecieliśmy liniami Wizzair.

Dojazd z lotniska do Lizbony

Na lotnisku jest stacja metra. To, co ważne: podczas pierwszego kupowania biletów w automacie, musisz dokupić za 0,5 euro kartę (papierową), na której załadowany będzie Twój bilet. Jeśli planujesz podróżować metrem więcej razy, możesz od razu doładować kilka biletów, aby później się o to nie martwić. Bilety są godzinne, a karta będzie potrzebna za każdym razem, gdy odbijasz się przy bramkach (wejście i wyjście z metra). Z lotniska kursuje czerwona linia, którą spokojnie dojedziesz do stacji Sao Sebastiao, z której przesiądziesz się do innych kursów. Generalnie, metro w Lizbonie jest naprawdę łatwe do ogarnięcia i z pewnością nie będziesz mieć z nim problemów 😉

Nocleg w Lizbonie

W związku z tym, że podróżujemy na własną rękę, noclegi bukujemy zazwyczaj na naszą pierwszą lokalizację – każde kolejne miejsca ogarniamy na bieżąco. W Lizbonie mieliśmy hostel tuż przy stacji Santa Apolonia (ostatnia stacja niebieskiej linii metra) w dzielnicy Alfama. Wybór okazał się cudowny, ponieważ mieliśmy stąd bazę wypadową prosto na przepiękne wąskie uliczki, punkty widokowe, linię brzegową oraz 20 minut pieszo do Mercado de Ribeira oraz stacji promu, którym popłynęliśmy do Almady. W Lizbonie nocowaliśmy 3 noce. Po tym, przenieśliśmy się do Porto, a następonie do Portimato (południe Portugalii). W każdym miejscu zapłaciliśmy ok. 110-130 euro za trzy osoby, przy czym w Lizbonie oraz Portimao w cenie mieliśmy zapewnione śniadanie.

Wynajem samochodu w Lizbonie

Nasze szczęście polegało na tym, że na dworcu Santa Apolonia mieściła się siedziba Europcar – jednej z największej wypożyczalni samochodowej. Tu sprytny trick dla Ciebie – okazało się, że wynajmując auto online, płaci się o wiele mniej. Chcąc wypożyczyć samochód stacjonarnie, przy potrzebie ok. 5 dni otrzymaliśmy wycenę blisko 300 euro. Online – 130. Do tego należy uwzględnić kaucję w wysokości 300 euro (może być zablokowana na karcie kredytowej). Ze względu na to, że byliśmy we trójkę, a uliczki zarówno w Lizbonie, jak i Porto są dość strome i wąskie, nie potrzebowaliśmy dużego auta. Jeździliśmy zatem uroczą i całkowicie nową białą Pandą, którą mogliśmy zaparkować dosłownie wszędzie:)
W Lizbonie wiele uliczek jest tak stromych, że zaparkowanie równoległe pomiędzy samochodami jest wyczynem niemalże ekstremalnym. Warsztaty samochodowe muszą zbijać fortunę na naprawie sprzęgła! 😛

Autostrady w Portugalii i most Vasco da Gama

Przemieszczając się przez cały kraj, poruszaliśmy się głównie autostradami, dzięki którym zaoszczędziliśmy mnóstwo czasu. Kierując się w stronę Fatimy, Lizbonę opuściliśmy mostem Vasco da Gama – najdłuższym 18 km mostem w Europie. Jazda nim ze stolicy jest bezpłatna, natomiast przeciwna strona – wjazd do Lizbony kosztuje już ok. 3 euro.

Za same autostrady płaciliśmy bardzo różnie – raz było to 5 euro, w najdroższym przypadku (trasa z Portimao do Lizbony) kosztowała nas 20 euro. Najważniejsze w tym wątku jest to, aby unikać autostrad z tzw. „opłatą radiową” – przy oznakowaniu zobaczysz samochód ze znakiem a’la wi-fi i znakiem euro. Opłata radiowa ściągana jest automatycznie. Większość kierowców ma w samochodzie specjalne urządzenie, z którego pobierana jest opłata, jednak Europcar nie każdemu to daje, a to oznacza, że po wjechaniu na tego typu trasę, musisz uwaga… zajechać do najbliższej placówki pocztowej (!) i uiścić opłatę. W przeciwnym razie rachunek zostanie dostarczony do Europcar, a wtedy oni obciążą Cię znacznie większą kwotą. Z trasy, którą my jechaliśmy, opłata taka obowiązywała na A22.

edit: nazywa się to toll i wpisując w Google Toll Portugal z głównej strony można ściągnąć mapki z lokalizacją takowych autostrad. Opłatę można zrobić dopiero po 2 dniach, bo wtedy dochodzi informacja na pocztę i ma się 5 dni na opłatę. Po tym, czasie kara wynosi nawet ponad 100 euro.

Porto – zwiedzanie piwnic winnych

Musisz wiedzieć, że wzdłuż Douro w Porto (Villa Nova da Gaia) znajdują się nie winnice, ale piwnice, w których leżakują wina. Winnice natomiast ciągną się na wzgórzach, gdzie dojrzewają soczyste winogrona, z których robione jest porto. Po niesamowicie fascynującym procesie przygotowywania wina, transportowane jest w beczkach do wspomnianej dzielnicy, gdzie ciągnie się kilka kluczowych brandów porto, m.in. Calem, Ferreira, Sandeman, Taylor’s czy Offley. Tak naprawdę, gdziekolwiek się zdecydujesz zwiedzać piwnicę i degustować wino – wybór będzie doskonały. W sezonie turystycznym, zaopatrz się w nieco cierpliwości, gdyż obowiązują zapisy na wycieczki. Te zwykle trwają ok. 45 minut. Przy wyborze degustacji 2 kieliszków porto, zapłacisz ok. 12 euro. Przy 3 kieliszkach – 15 euro. Najdroższe opcje sięgają nieco ponad 20 euro. W każdej piwnicy stacjonuje też sklep, gdzie możesz zaopatrzyć się w butelki wina lub inne pamiątki. Oprócz tego, wzdłuż portu działają knajpki, w których można zamówić porto i różnego rodzaju przekąski – deski serów, szynek, sałatki, ryby, owoce morza, czy zupy. W Villa Nova da Gaia polecam zostać aż do zachodu słońca – widoki są cudowne!

Porto – co jeszcze musisz wiedzieć idąc do restauracji?

O ile w Lizbonie czy Almadzie otrzymywaliśmy koszyk pieczywa, oliwy i różnego rodzaju pasty (z sardynek lub tuńczyka) w ramach amouse bouche, o tyle w Porto w większości restauracji zwyczajem jest przynoszenie przekąsek, które po zjedzeniu są doliczane do rachunku. Nie są to duże kwoty (1-2 euro), jednak warto o tym wiedzieć. Jeśli przekąski nie będą tknięte i odstawione na bok stolika, kelner je zabierze i oczywiście ich nie policzy. Mimo to, myślę, że warto skusić się na skosztowanie, gdyż marynowane oliwki i domowe pieczywo smakuje cudownie (szczególnie przy głodzie!) 😉


 

 

 

 



2 thoughts on “Portugalia w 7 dni – bilety, noclegi, jedzenie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *