Rok 2020, jesteś do bani.

W głowie układam sobie ale pojadę po tym roku, ponarzekam, wyrzucę z siebie hektolitry frustracji, które chyba przy grudniu zaczną się wylewać. A jeśli w styczniu okaże się, że 2021 zbratał się z 2020 to ta frustracja tak się podgrzeje, że kipienie spowoduje ogrom poparzeń. Ale… jakoś tak głupio mi tylko narzekać, bo ten rok jednak sprezentował kilka fajnych momentów.

Za chwilę minie rok od naszego powrotu z najpiękniejszego etapu życia, czyli mieszkania w Azji. Klimat tropikalny łaskotał moją skórę uświadamiając mi, że to zdecydowanie mój tryb życia, w którym jestem po prostu szczęśliwa. Może się to wydawać banalne, ale prażące od rana słońce powodowało, że nie tylko moja głowa była zdrowa, ale przede wszystkim cały organizm funkcjonował lepiej. Gdzieś tam w głębi czuję, że dostęp do wi-fi, laptop i sensowne projekty do realizacji chciałabym uskuteczniać właśnie pod palmą i wśród balijskich zapachów. No, ale wróciliśmy.

Tłumaczę sobie, że jakąkolwiek decyzję bym podjęła, pandemia i tak sprowadziłaby nas do domu i wymusiła zwolnienie tempa oraz odłożenie większych marzeń na bok. To kolejny dowód na to, że zawsze jakoś to będzie i każda decyzja ma jakiś sens. W przeciwnym razie wrócilibyśmy bez planu i zapewne nie byli w tym miejscu, w którym jesteśmy. A koniec-końców jest całkiem dobrze.

Rok 2020 jest największym frajerstwem tego świata i z tym nie powinno się polemizować. Jest zagrożeniem dla ludzkiego samopoczucia, zdrowia psychicznego (i fizycznego też), relacji, dobrostanu, tak bardzo potrzebnej wszystkim rutyny i pewności przynajmniej kilka tygodni do przodu.

Ale w tym całym przekleństwie jest jednak mały pozytyw. Ten rok nie wymusza tak bardzo popularyzowanego codziennego pędu, wiecznego niedoczasu, wymuszonej presji “zarobienia”, często shoppingu czy konieczności “bywania”. Pozwala na chwilę zwolnić, uruchomić głębsze myślenie i refleksje, choć to ostatnie może bywać niebezpieczne.

Zdecydowanie największym pozytywem mojego roku jest nowy domownik. Bez jamniczka Bali już nie wyobrażam sobie życia i już dawno bym zwariowała, łamiąc wszelakie przepisy i uciekając z kraju w pizdu.

Jest jeszcze kilka fajnych drobnostek, takich jak wyjazd do Pragi, Holandii czy Hamburga, przyzwoicie ciepłe lato, pyszne lody w Trójmieście, życzliwi ludzie, nabyta umiejętność pieczenia chleba, robienia kimchi i doświadczenie z założenia swojej działalności. I te drobnostki rosną do rangi best of the best 2020.

Choć ten rok zdecydowanie nie jest moim rokiem to wiem, że nie sposób ot tak wygumkować go z kalendarza. Wolałabym jednak, żeby już się skończył w cholerę i dał mi święty spokój.

Mam nadzieję, że się trzymasz. Zajrzyj tu czasem, bo tak sobie myślę – czas wrócić do pisania. 🙂



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *