Jak to się stało, że zamieszkałam na Chińskich Hawajach?

Długo zbierałam się do tego wpisu, jednak liczne wiadomości, pytania i rozmowy z Wami skutecznie zmotywowały mnie, aby napisać wstęp do ogromnej przygody, która trwa w naszym życiu od początku tego roku.

Przeglądając mojego fejsbuka czy instagrama, zapewne widzieliście sporo zdjęć, które wrzucam od pewnego czasu prosto z Chin. Jedni z Was gratulują nam wycieczki, drudzy zastanawiają się, w którym kierunku jedziemy dalej. A prawda jest taka, że…


Mieszkamy w Chinach!


Ale od początku.

Od kilku lat wspólnie z M. rozmawialiśmy często o tym, że marzymy, aby któregoś razu wybrać się na takie długie wakacje życia. Przeżyć ogromną przygodę i nacieszyć się prawdziwą wolnością, tylko my we dwoje – zanim dopadnie nas “domowe życie”. W tym samym czasie regularnie odwiedzało mnie nieprzyjemne uczucie wypalenia i braku satysfakcji z tego, co robię. Żeby nie było – uwielbiam ponad wszystko swoją branżę – jednak co jakiś czas nachodziło mnie zmęczenie i taki brak zgody na to, że słupki, cele, odsłony, a czasem nawet fałszywe budowanie pseudomanagerów, pod którymi trzeba się podporządkować stawało się sensem każdego dnia, krzywdząc niekiedy własne zdrowie, wolny czas czy relacje z bliskimi (w końcu na kimś trzeba się “wyżyć”).

Nasze marzenia jednak ciągle siedziały grzecznie w głowie i zdawały się, że wcale nie mają ochoty podnieść tyłka. Szczerze i otwarcie przyznam, że stoperem byłam poniekąd ja, gdyż w naszym związku to M. jest odważnym i bardziej optymistycznie nastawionym człowiekiem. Ja często większość rzeczy analizuję, rozkładam na czynniki pierwsze i przewiduję konsekwencje. Oczywiście nie muszę podkreślać, że część z tych rzeczy potrafię wyolbrzymiać 🙂 Dla mojego M. nie ma granic, przeszkód, czy niemożliwości. I to w nim uwielbiam ponad wszystko!

Jak wiecie (lub nie), wspólnie z M. i naszym przyjacielem budujemy markę YOLO Flyboard i jesteśmy częścią wspaniałej polskiej flyrodziny Latające Papcie. W każdym sezonie ciepłym uczymy ludzi latać na flyboardzie, a M. często występuje w różnego rodzaju wydarzeniach, robiąc wodne ekstremalne pokazy (m.in. Water Show, Parada Smoków w Krakowie, Beach Party w Trzciance, pokazy fontann, otwarcia sezonów żeglarskich, start rajdu Płyniemy Polsko, itp.). Flyboard to jego największa pasja, która od kilku lat stała się również jednym ze sposobów na życie.

Po naszych zaręczynach, powolipowolipowoli zaczynaliśmy myśleć o ślubie i weselu. W głowie jednak ciągle ciągnęło nas do jakiejś przygody, którą moglibyśmy przeżyć (wydanie kilkudziesięciu tysięcy złotych na wesele lub na podróż życia to paradoksalnie jest dylemat:)).

Nasze życiowe szczęście postanowiło eksplodować w grudniu, gdy M. otrzymał propozycję pokazów flyboardowych w nowym parku rozrywki, który otwierał się w Haikou – stolicy wyspy Hainan, określanej również jako Chińskie Hawaje.

Nie będę koloryzować, decyzja przyjęcia tego kontraktu nie była prosta, ALE była bardzo szybka. 😀 Warunkiem było jednak to, że jedziemy tam razem (żadne z nas nie wyobrażało sobie innego scenariusza). Papiery, ustalenia, podpisany kontrakt i 3 stycznia M. pojawił się w Chinach na tropikalnej wyspie. Muszę podkreślić, że grudzień był dla nas ekstremalnie dziki, a jeszcze w jego połowie polecieliśmy do Paryża na moje urodziny. 😉

I tak oto od stycznia zostałam sama w Gdańsku. Różnica czasu pomiędzy Polską a Hainan była wtedy 7h (teraz już 6h ze względu na zmianę czasu), zatem gdy ja szłam o 7 do pracy, u M. była już 14 i pełne słońce. Aaaa, jak wtedy mi tego brakowało, gdy szłam smutnym ciemnym miastem do biurowca!


Te zdjęcie zrobiliśmy w dwóch kopiach w momencie, gdy M.
wsiadał do pociągu i jechał na lotnisko. 😉

Powoli zaczynaliśmy planować mój przylot do Haikou. To nie było aż tak proste, ponieważ miałam na miejscu swoje zobowiązania związane z pracą, a dodatkowo (i przede wszystkim) czekało mnie wyrobienie wizy, kupienie biletów, wypowiedzenie najmu mieszkania, wyprowadzka i sprzedaż samochodu. Tak, tak, tak:


Rzuciłam wszystko i wyjechałam na Chińskie Hawaje <3


Na wyspie wylądowałam pod koniec marca, czyli po blisko 3 miesiącach rozłąki z M. Tak wyglądaliśmy, gdy zobaczyliśmy się w końcu na lotnisku 🙂

M. szczuplejszy o 8 kg, a ja odświeżona po 23h podróży. 😀

Przez pierwsze dwa tygodnie nie mogłam uwierzyć, że nie mam żadnych obowiązków, zobowiązań czy konieczności nastawiania budzika. Wciąż miałam (i nadal mam!) w sobie mnóstwo emocji związanych z momentami “rzucenia wszystkiego”. Miałam najcudowniejsze pożegnanie w pracy, dostałam mnóstwo pięknych słów, przytuleń, życzeń i uśmiechów. W takim momencie człowiek zatrzymuje wszystkie myśli w głowie i naprawdę docenia to, co zbudował sobie wokół siebie. Pomyślcie o tym przez chwilę – nawet, jeśli nie rzucacie wszystkiego – jak wspaniałe otoczenie macie. Ile życzliwości, serdeczności i bezinteresowności mamy na co dzień. Warto to zauważyć. 😉

Te bransoletki dostałam na pożegnanie. Z kierunkami świata od wspaniałych ludzi z pracy, koniczynka od moich cudownych kobiet i jeszcze jedna z koniczynką, która ma w sobie serca i chmury oraz znak nieskończoności, którą dostałam od Rodzeństwa (niestety nie widać na zdjęciu).
A zdjęcie zrobiłam gdzieś w niebie <3

Za mną pierwszy miesiąc na wyspie i muszę się Wam przyznać: jest pięknie! Gdy oglądałam rajskie zdjęcia czy video osób, które “rzuciły wszystko” i odwiedzają tropikalne miejsca, wydawało mi się wtedy to tak bardzo odległe i nieosiągalne. Szczęśliwie mam u swojego boku M., dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, a marzenia trzeba po prostu przyciągać i im pomagać.

Ta plaża znajduje się 10 minut od naszego mieszkania. Biegam na nią niemal codziennie, wylewając hektolitry potu w 37 stopniowym upale. 😀

Jesteśmy w małym prywatnym raju. M. robi to, co kocha i zarabia tym na życie. Ja zamknęłam korporacyjny pęd i jeszcze długo za nim nie zatęsknię. Marzymy na jawie i wiemy, że to prawda! 🙂 Jak długo tu zostaniemy? Na pewno na rok, a czy dłużej… będę informować 😉

Jeśli kiedykolwiek ktoś z Was zastanawiał się, czy zdecydować się na taki ruch w życiu, podpowiadam po cichu: rób to. Rozmyślanie nie zbuduje Ci wspomnień, czas nie stanie w miejscu, a świat z biegiem lat się zmienia (przez ludzką głupotę również). Jest tyle pięknych miejsc do odkrycia, które czekają na swój podziw.

I pamiętaj: zawsze “jakoś to będzie” 🙂 Z pieniędzmi, papierologią, przeciwnościami losu. Poddawanie się czy rezygnacja już na samym początku jest kompletnie bez sensu.

Ściskam, popijając wodę z kokosa!

Czy ktoś widzi M.? 😉

P.s. Pewnie już widzisz, że do gotowania nieco mi daleko – o wiele bardziej wolę przegryzać 🙂 Od teraz ten blog będzie bardziej opowieścią o tym, jak się bawię w życiu.

P.s.2. W trakcie tej zabawy oczywiście dużo jem. 😀



2 thoughts on “Jak to się stało, że zamieszkałam na Chińskich Hawajach?”

  • No i pięknie! Ja byłam z tych, którzy obstawiali wycieczkę czy długi urlop po Azji a tu proszę 😁. Też mam takie marzenie, ale nie mogę się zdecydować czy bardziej Kanada czy Adalary – małe wyspy niedaleko Istambułu, gdzie nie ma samochodów ani autobusów, tylko dorożki i wszelakie wozy zaprzęgnięte w konie albo osły. Do tego nikt się nie spieszy, jest ciepło i może właśnie tam otworzę kiedyś mały hotel. 😏
    Cieszę się przeogromnie z waszej decyzji i trzymam kciuki aby na Hainan się nie skończyło. 👌

    • Dziękuję Ola! 🙂 Masz piękne plany, myślę, że wszystko jest do zrealizowania 😀 Chociaż na dłuższą metę nie wiem, czy brak autobusów i samochodów nie zacznie uprzykrzać życia :d Niemniej – piszę się na jednego z pierwszych gości, którzy odwiedzą Twój hotel! 🙂

      p.s. Haikou wciąż potrafi być “dzikie” – mieć swoje piękne i brzydkie strony. To dobre miejsce na przygodę i lekcję życia! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *