Gdańsk: Delmonico Cut Steakhouse

Ci, którzy dobrze mnie znają, wiedzą, że jednym z moich marzeń jest znaleźć się w środku nocy na ulicach Nowego Jorku i trafić do knajpki, gdzie posłucham jazzu na żywo. Wiedzą też, że marzę odwiedzić francuskie restauracje i przejść się alejkami w Paryżu. Tak sobie myślę, że to ogromne szczęście móc znaleźć maleńkie spełnienie w zakątkach miasta, w którym żyję. Tak właśnie stało się kilka dni temu, gdy odwiedziłam gdańskie Delmonico Cut Steakhouse. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że restauracja, której daniem popisowym są steki, połechta mój wewnętrzny świat zachcianek.

Ul. Szafarnia 11. To właśnie tam, wzdłuż przystani jachtowej znajdziecie Delmonico Cut Steakhouse.

Z założeń, restauracja ma serwować dania oparte na organicznych, naturalnych produktach. Co więcej, serwowana tam wołowina i jagnięcina pochodzi z prywatnej hodowli, prowadzonej od 14 lat w sercu Kaszub, okolicy ekologicznej i pozbawionej jakichkolwiek zanieczyszczeń. Hodowana tam wołowina Wagyu (rasa japońska) uznawana jest za najlepszą na świecie ze względu na obecność tłuszczu międzymięśniowego (tzw. marmurkowatość). Z racji tego, że tłuszcz jest nośnikiem smaku, to właśnie ten czynnik wpływa na wyjątkowy smak steków. 

Oprócz wątku własnej hodowli na Kaszubach, muszę podkreślić jeszcze to, że do dań wykorzystywane są naprawdę wysokiej jakości składniki. Dobra i tłusta śmietana, prawdziwa wanilia, różne odmiany ziemniaków, świeże zioła, samodzielnie robiony sos czekoladowy, pieprzowy lub robiony na bazie whisky. Jak się później okaże, wszystko daje się wyczuć w przygotowanych daniach.

 

 

A jak tam jest? W skrócie: błogo. 
Drewno, szkło, skóra. Brąz, biel, czerń.

Delmonico Cut Steakhouse to spora restauracja, w której wybierzesz stolik zgodnie ze swoim nastrojem i potrzebą intymności: tuż przy oknie z widokiem na przystań jachtową i minipanoramę Starego Miasta, wewnątrz lokalu z widokiem na okazałą szafę z winem, przy ścianie lub hen daleko w głębi.

Od wejścia przywita Cię uśmiechnięta (i piękna) załoga, odprowadzi do stolika i zadba o to, by wizyta rozluźniała, a nie wprowadzała w sztywną niewygodną atmosferę. W tle usłyszysz Louisa Armstronga (już teraz wiesz, dlaczego Delmonico przywołuje we mnie marzenia?), a na talerzu ujrzysz… amerykańsko-francuskie dzieła, które powstają spod ręki Szefa Kuchni Wiesława Stopy. No to zabieramy się na przegryzanie.

 

W swoim menu, Delmonico Cut Steakhouse oferuje przede wszystkich steki, dojrzewające na mokro lub sucho, jagnięcinę (którą należy zamówić dzień przed wizytą), śniadania, burgery, zupy oraz wspaniałe desery.
W trakcie trwania Restaurant Week (20-31.10), otrzymujesz do wyboru dwa alternatywne menu, składające się z trzech dań: przystawki / dania głównego / deseru. 

 

To, co chcę podkreślić już w tym momencie to cena: 49 złotych. Musisz wiedzieć, że w codziennym menu nie uświadczysz takiej uczty w tej cenie. Ba! Za taką cenę nie uraczysz tak doskonałego steka, praktycznie nigdzie:)

 

Menu 1

 

 

Przystawka: Tatar Delmonico z polędwicy Wagyu podany z dodatkiem zielonego pieprzu i estragonowego aioli.

Zacznę od najważniejszego – jakość mięsa naprawdę czuje się od razu! Delikatne, głębokie w smaku i dosłownie aksamitne. Podanie go z aioli i pieprzem, który można przegryzać to doskonały ruch, nie wymuszający nawet dodatkowego solenia czy pieprzenia. Tatara możesz rozsmarować z aioli na grillowanej grzance lub jeść bezpośrednio z widelca. Każda opcja tylko Cię przekona do polubienia tego typu przystawki (mój M. nie jest fanem tatara, a ten wyjątkowo mu smakował).

 

 

Danie główne: Steak z rostbefu Wagyu serwowany z ziemniaczkami Króla Artura pieczonymi z rozmarynem oraz sałatką z serem roquefort, orzechami włoskimi i cykorią, z dodatkiem sosu Au Poivre oraz sosu Jack Daniel’s.

Wyjaśnienia:

  • Stek wysmażony jest do stopnia medium (nawet medium well), zatem to najbezpieczniejsza opcja dla osób, które na co dzień nie przepadają za krwistym, niemalże surowym mięsem
  • Ser roquefort to francuska odmiana sera pleśniowego robionego z mleka owczego
  • Sos Au Poivre to po prostu sos pieprzowy
  • Orzechy włoskie są karmelizowane i są najcudowniejsze na świecie

Przede wszystkim, ta porcja jest naprawdę duża. Dostaniesz dwa talerze: na jednym stek z ziemniaczkami, na drugim sałatka. Mięso okazało się wyborne, o doskonałej strukturze. Z każdym wbijaniem widelca, uwalnia się nieco soku, który łączy się z podanymi sosami. Maczaj w nich kawałki steka, aby doświadczyć dokładnie tego, co najlepszy stek powinien dostarczać.
Naprawdę wyczuliśmy tu jakość i świeżość mięsa. Nie mam pojęcia, jak odbierzesz te określenie, ale smak tłuszczu nie równa się z tym pochodzenia „sklepowego”. Ten stek był po prostu pyszny, przesiąknięty rozmarynowym posmakiem i zapachem.

Gdy wiem, że do dania będą podane pieczone ziemniaki, zawsze zastanawiam się, czy na talerzu pojawią się mrożone łódeczki prosto z frytury, czy faktycznie ziemniaki dobrej odmiany, samodzielnie skropione i upieczone w piekarniku. Te okazały się drugą wersja. Raz po raz podbierałam je M. z talerza. Dodatek rozmarynu niemalże opanował te danie.

Odnośnie sałatki. Oh, co to była za sałatka! Łódeczki cykorii, w której znaleźliśmy plasterki selera naciowego, zielonego jabłka, obłędnie pysznego sera i karmelizowanych orzechów. Zjedliśmy ją we dwójkę, marząc, by nigdy się nie skończyła. Siła prostoty i wyraźnych smaków. Koniecznie muszę ją odtworzyć w domu.

 

 

Deser: Karmelizowana gruszka w sosie pomarańczowym skropiona gorącą czekoladą serwowana z gałką lodów waniliowych.

 

„Desery są zawsze najlepsze” – powiedział M, gdy do jego ust trafiła pierwsza porcja tego deseru. Może coś w tym jest, ponieważ te kawałki gruszki otoczonej sosem z pomarańczy i polane ciepłą czekoladą (na osobną uwagę zasługuje fakt, że płynna czekolada przygotowywana jest samodzielnie przez Szefa Kuchni) to orgazm dla podniebienia. Całość smakowała z jednej strony domowo, z drugiej zaś czarowała jakimś tajemniczym luksusem. Zabawa ciepłem gruszki i zimnem lodów to doświadczenie, które po prostu trzeba doznać.

 


Menu 2

 

 

Przystawka: Słynna Shrimp Bisque oprószona natką pietruszki podana z grzanką.

 

Słynna shirmp bisque, która zapewne dla wielu z nas wcale nie jest tak słynna, to w tłumaczeniu gęsta zupa krem ze skorupiaków, a w tym konkretnym przypadku z krewetek.
Krem naprawdę smakuję jak krewetka, jest nieco pikantny, bardzo gęsty i rozgrzewający. Znalazłam w nim nawet kilka sporych krewetek do przegryzienia. Tą porcją można się najeść, a mnie niepotrzebne były już nawet grzanki. Pyszna, wspaniała. Dla mnie, wielbicielki owoców morza, shirmp bisque to pojęcie, które włączyłam do swojego słownika. Mniaaam!
W swojej kuchni chętnie podałabym ją z grillowanym kawałkiem croissanta.

 

 

Danie główne: Łosoś sous vide podany na blanszowanym szpinaku wraz z puree z ziemniaczków truflowych oraz coulis (gęstym sosem) z czarnych porzeczek.

 

Przy okazji przegryzania tego dania głównego, odkryłam jedną rzecz, którą zachowam w swojej kuchni na dłużej. Łosoś cudownie smakuje z czarną porzeczką!
Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała umieścić na widelcu dosłownie wszystkich składowych dania: szpinak/ryba/puree/sos. Całość? Pyszna, przepyszna. Ryba jest delikatna, zarówno w strukturze, jak i smaku.
Gęsty sos z czarnej porzeczki robi tu robotę, cudownie łączy się z fioletowym puree, a nawet ze szpinakiem. Wołam zatem głośno: proszę podawać go nieco więcej 😉

Jedyne, co poprawiłabym w tym daniu to sposób podania ryby. Być może zauważycie na zdjęciu, że łosoś podany jest od strony, gdzie była odkrajana skóra, przez co piękny łososiowy kolor skryty jest najpierw pod „szarą warstwą”.

 

 

Deser: Francuski deser creme brulee pod karmelizowanym cukrem.

 

Przyznam szczerze, że nie jadam często creme brulee, a bardziej szczerze: nie jadłam jeszcze tak dobrego. Miałam ogromną frajdę, gdy przebijałam łyżeczką cukrową skorupkę. Cukier był słodki, karmelowy, a nie przypalony. Gdy chwyciłam skorupkę z delikatnym wnętrzem, w moich ustach rozbrzmiewało radosne chrupanie. A ja czułam prawdziwą wanilię i śmietankę. Potwierdzam, że w tym deserze kryją się liczne ziarenka wanilii, a całość nie jest wcale przesłodzona. Idealny deser.
Pod tym stwierdzeniem podpisuje się też mój M., który w deserach i cukrze jest niekwestionowanym specjalistą.

 

🍴 Już w połowie przegryzania festiwalowego menu doszłam do wniosku, że Delmonico Cut Steakhouse to obowiązkowy punkt dla każdego mięsożercy i osoby, która od dawna myślała o tym, by przegryźć dobrego steka na mieście. Napiszę więcej: to obowiązkowy punkt dla każdego festiwalowicza w Trójmieście (który nie jest wegetarianinem lub weganem)!
Wszak każdy z nas ma czasem ochotę na jakiś konkret, nie jest tak? 😉 

Wyprzedzając pytania:

  • tak, porcje są duuuuże
  • tak, wyjdziesz wybitnie najedzona/y
  • tak, dostaniesz dobrej jakości wino (i tak, załoga pomoże je dobrać do menu)
  • tak, warto wydać 49 złotych za osobę (sam tatar z festiwalowego menu kosztuje w cenie standardowej 39 złotych)
  • tak, polecam te miejsce!
 
To prawdziwa sztuka i talent Szefa Kuchni, że tak cudownie i sprytnie łączy kuchnię amerykańską z francuską. Aż nie mogę ustać w miejscu i chcę to wykrzyczeć całemu Trójmiastu, że gdzieś tam na Szafarniej 11 znajduje się restauracja, która nie chwali się wyłącznie kuchnią amerykańską lub tylko francuską (lub jakąkolwiek inną).
To kwintesencja dwóch światów, wypielęgnowana na polskiej ziemi. Jest Wspaniała. Oto dowód:
 

 
 

 Aby zrobić rezerwację na Restaurant Week do Delmonico Cut Steakhouse w Gdańsku, kliknij tu: link.

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *