Wielkanocna baba drożdżowa

Rzeżucha. Szczypiorek. Baba drożdżowa. Kajmak na kruchym cieście. Płatki migdałowe w kształcie bazi. Krucha sałata. Jaja. Tak w skrócie opisałabym najpiękniejsze Święta w roku. Przepełnione wiosennym podgrzanym wiatrem i dłońmi bez rękawiczek. Dużo dłoni. Najbliższych, kochających, serdecznych. To będzie Opowieść Wielkanocna.



Gdybym miała wskazać danie, które przegryzam naprawdę wyłącznie raz do roku i to w postaci skubania oraz dłubania, odpowiem bez zastanawiania się: baba wielkanocna. Mocno drożdżowa, mało słodka, wyjątkowo wyrośnięta. W dniu upieczenia jest mokra, jednak z biegiem dni staje się sucha i krucha. Lubię ją w każdej postaci, najlepiej siedząc przy rodzinnym stole i urywając kawałek po kawałku, bez liczenia kalorii i gramatury.

 


Baba drożdżowa była w naszym domu chyba od zawsze. Niezauważalna, robiona bardziej z tradycji, niż z uwielbienia. Niekiedy potrafiła stać na blacie przez całe Święta i nie zauroczyć nikogo. Co roku ubrana była w białą lukrową polewę, która skutecznie utrzymywała na baczności rządek dzielnych cukrowych jajeczek. Była z nami wszędzie. I w domu rodzinnym mojej Mamy, gdzie mieszkała Babcia, a teraz najukochańsi Wujkowie. I w naszym aktualnym, w którym co roku zjeżdżamy się na wspólne świętowanie.


To właśnie zapach drożdżowego ciasta uwalnia we mnie błogie emocje i uświadamia, że Wielkanoc już niebawem. Kiedyś marzyło mi się, aby maczać babę w ciepłym mleku z miodem i delektować się jej strukturą. Nigdy jednak tego nie zrobiłam, bo skubanie suchego ciasta sprawiało mi już tak dużą przyjemność, że na ciepłe mleko po prostu brakowało miejsca.

 

 


Oprócz baby, Wielkanoc pachnie chłodnym wiatrem i ciepłym słońcem. Do dziś nie mogę pogodzić się z faktem, że zapach marcowo-kwietniowego powietrza już nie jest taki sam, jak kilkanaście lat temu. Kotłuje się we mnie niezaspokojona tęsknota. Za nieśmiało dojrzewającym ogrodem i obecnością Babci, która co roku łączyła wszystkie strony w jedną ceremonię.


Razem z Rodzeństwem i Kuzynostwem biegaliśmy po magicznym ogrodzie za domem i szukaliśmy ukrytych paczuszek z prezentami. Babcia zamieniała się w Zająca i skrywała dla nas kolorowe słodkie jajeczka, drobne upominki i słodkości. Wszystko zapakowane było w foliowe woreczki z karteczkami, na których widniały nasze imiona. Zazwyczaj dostawaliśmy zabawki na śmigusa dyngusa, które testowaliśmy już w wielkanocną niedzielę. Te drobne paczuszki były symbolem najszczerszej miłości, dobroci i chęci wyrażenia swoich uczuć. Zapewne wdzięczności, że jesteśmy wszyscy razem. Niewymuszone uśmiechy i radość z podarków sprawiała, że prezenty były uzupełnieniem tej bomby emocji, która kotłowała się wokół całego domu.


Zaraz po śniadaniu i zajączkowych poszukiwaniach, zasiadaliśmy do stołu uginającego się od domowych ciast, herbat i kaw. Każdy z nas przerzucał w palcach okruchy ulubionego wypieku i uczestniczył w niekończących się opowieściach. Jako dziecko, nie czułam uczucia sytości, mogłam siedzieć tak godzinami, przegryzać drożdżową babę i kruchego mazurka na zmianę. 


Gdy Wielkanoc dobiegała końca, zasiadałyśmy wraz z Siostrą przed telewizyjną ramówką i wyjadałyśmy słodkie ozdoby z kajmakowego mazurka. To nasza tradycja. 


Zarówno przed Bożym Narodzeniem, jak i Wielkanocą, Mama ugniata kruche ciasto, które później przerabiamy na ciasteczka, babeczki i mazurka właśnie. Wypełniamy go kajmakiem i upiększamy: żelkami, płatkami migdałowymi (które pięknie upodabniają się do gałązek bazi), czekoladowymi drażetkami i cukrowymi pisakami. Gdy mazurek zdąży zeschnąć, wyciągamy z niego żelki i inne cuda, a potem skubiemy kruchy spód nasączony kajmakowym posmakiem. Proste, nieudawane, niedoskonałe zwyczaje. Takie, które robi się przy zaufanych ludziach i bezpiecznych ścianach.


 

I choć przeszywa mnie dreszcz i jakoś dziwnie gryząca tęsknota, chce mi się płakać na każde kolejne świąteczne spotkanie. Już nigdy nic nie będzie pachniało tak, jak tamte poszukiwania słodkich paczuszek, a głowa nie będzie tak beztroska. Będzie jednak szansa na przytulenie, rozmowę i poczucie struktury drożdżowej baby, która pokruszy się między palcami.

 


Mamo, upiecz ją proszę.

___________

Wielkanocna baba drożdżowa

(Kochani! To przepis mojej Mamy. Zdradzam go Wam i przyznaję, że sama nie odważyłam się jej jeszcze zrobić. Nie chcę tracić mojej prywatnej magii z przegryzania jej).

Składniki:


do miski:

  • 0,5 kg mąki
  • szczypta soli
  • opakowanie cukru waniliowego
  • łyżka oleju lub śmietany
  • 1 jajko
  • 2 żółtka
do rondelka:
  • 250 ml mleka
  • 3 łyżki cukru
  • 1/4 kostki masła
do kubeczka:
  • 5 dag świeżych drożdży
  • łyżka cukru


Sposób przyrządzania:


Do miski wsypać mąkę, sól, cukier waniliowy i dodać olej/śmietanę, jajko oraz żółtka.

W rondelku roztopić masło, dodać mleko i 3 łyżki cukru – wymieszać i podgrzać do letniej temperatury (uwaga, nie może być gorące).
W kubeczku pokruszyć drożdże i rozrobić z łyżką cukru, aż staną się płynne.


Roztopione masło z mlekiem i cukrem (w temperaturze letniej) wlać do składników w misce. Dodać drożdżowy zaczyn i zagnieść na ciasto. Przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (uważać, aby nie było przeciągu w domu – ciasto drożdżowe tego nie lubi).


Po wyrośnięciu, ciasto przełożyć do natłuszczonej blachy do baby i wilgotną dłonią wygładzić. Wstawić do nienagrzanego piekarnika, ustawić temperaturę 180 stopni i piec przez ok. 30-40 minut, do zarumienienia i suchego patyczka.


Po upieczeniu ostudzić, wyciągnąć z blachy i polać lukrem. Ozdobić.




4 thoughts on “Wielkanocna baba drożdżowa”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *