Bałkany i kuchnia. Przegryzam ciepły październik

Ok, już chyba czas uświadomić sobie, że listopad rozpoczął się na dobre. Nieproszony wszedł i rozgościł się, przyprowadzając ze sobą zimno, deszcz i ciemne popołudnia. Ale przyniósł też piękno kolorów i najwspanialszy jesienny widok z okna, jaki mogłabym sobie wyobrazić. Tak oto rozpoczął się czas, gdy nie odwiedzam plaży i nie patrzę na morzę. Choć to wciąż dziesięć minut stąd. Tym razem wracam przegryźć jeszcze troszkę październikowego szczęścia. By zgodnie z tradycją, móc przywitać się w nowym miesiącu.

 

Co tu dużo się rozpisywać, październik był dla mnie wyjątkowo piękny. Głównie dlatego, że jego początek spędziłam na niebiańskich lazurowych plażach, łapiąc gorące promienie słońca, których nie doświadczyłam w Polsce nawet w trakcie lata. W dwanaście dni przebyliśmy 8 krajów. Szwecja, Serbia, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Czarnogóra, Albania, Grecja i Maceodnia. Te dwa ostatnie przejechaliśmy wyłącznie po to, by wrócić na samolot do Belgradu, ale najprawdziwsza grecka sałatka i tzatziki zostały przegryzione.

 

Plan był prosty. Lecimy do Malmo, skąd dostajemy się do Belgradu. Wynajmujemy auto i ruszamy w podróż. Sarajewo, Mostar, Kravica, Blagaj, przeprawienie się przez Chorwację do Kotoru, a na samym końcu Albania. Wracamy przez Grecję i Macedonię do Serbii, oddajemy auto i wracamy do Malmo. Po nocy na lotnisku, szczęśliwie wylądowaliśmy w Gdańsku, aby jeszcze jeden dzień pocieszyć się urlopem i wrócić po dwutygodniowej przerwie do pracy.

Malmo. Odwiedziliśmy tu manufakturę czekolady, która słynie ze swojej długoletniej historii. Przegryzłam pyszną lukrecję z czekoladą i wypiłam niesmaczną gorącą czekoladę z miętą. Miejsce konieczne do odwiedzenia, gdy tylko wylądujecie w tym mieście.

 

Przebierałam nóżkami na samą myśl o kuchni bałkańskiej. Marzył mi się prawdziwy ajvar, baklava, rachatłuku, ciepłe burki, mocna bośniacka kawa i kajmak. Gdy tylko dotarliśmy do Belgradu, zostawiliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy na nocne jedzenie i picie. Niskie ceny i otwarta piekarnia zmalowały uśmiech na naszych zmęczonych buziach. Dobrze trafiliśmy – piekarnia okazała się wspaniała, wróciliśmy do niej jeszcze kilka razy. Maleńkie bułeczki ze słonym serkiem, dojrzewającą szynką i rukolą, świeżo wyciskany sok z pomarańczy i ciemne paluchy z ziarnami to smaki, które zapamiętałam.

 

Belgrad. Po mieście przechadzałam się z kubkiem świeżych malin i borówek, które kupiliśmy na targowisku. Oprócz tego, przegryzaliśmy maleńkie bułeczki z dojrzewającą szynką. Mój M. rozsmakował się też w tzw. ciepłych lodach, czyli cieście muffinkowym w czekoladzie.

 

Po lewej: śniadanie w Belgradzie, po prawej: najpiękniejsze miejsce w naszym serbskim hostelu 


To, co trzeba przyznać to wszechobecne fast foody, które znajdziemy na każdym rogu. Bez problemu można kupić tam kawałek ciepłej pizzy lub tradycyjnego burka z serem. Te okazały się dla mnie jednak zbyt ciężkie. Są pyszne, ale też mocno sycące.

 

Fantastyczne okazało się natomiast wszelkiego rodzaju pieczywo. Chrupiące, miękkie, aromatyczne – w sam raz do przegryzienia. Koniecznie z kajmakiem. Ten słony, przypominający konsystencją masło, ser upodobałam sobie na śniadania. Kupne wersje znacząco różnią się od tych, które można nabyć od lokalnych dostawców. Moim szczęściem i niezapomnianą chwilą był upalny poranek, gdy gospodyni hostelu w Mostarze chwyciła mnie za rękę i zaprowadziła do niewielkiego pomieszczenia, gdzie czekała na nas uśmiechnięta kobieta i jedna, wypełniona kolorowymi wiadrami, lodówka. W każdym z nich był inny rodzaj sera – owczego, bawolego, krowiego. Wzięłyśmy do miseczki każdego po trochu, kupiłyśmy pszenne ciepłe paluchy i, rwąc kawałek po kawałeczku, delektowałyśmy się aksamitnym kajmakiem.

 

Mostar. Z tego mostu, codziennie wyszkoleni skoczkowie skaczą do rzeki. Podobno głębia jest tylko na powierzchni 1×1 metra, a sama rzeka charakteryzuje się dość silnym prądem, zatem skakać z mostu mogą wyłącznie przeszkoleni profesjonaliści. Jeśli któryś z turystów zechce skoczyć, musi zapłacić 20 euro i zrobić to na własną odpowiedzialność.

 

 

Kravica. Pierwszy rajski widok, który ujrzeliśmy po wyruszeniu z Mostaru. Woda była niesamowicie zimna, ale okoliczności, które towarzyszyły nam przy kąpieli, zrekompensowały wszystko 🙂
 

Baklavę, rachatłukum i mocną kawę skosztowałam w Sarajewie. Mieście, które można przejść w ciszy, wspominając cierpienie i ból, który przeżyli jego mieszkańcy. Cmentarze, dziury po strzałach przy niemal każdym domu, róże Sarajewa. To wszystko wciąż przypomina o tragedii, która wydarzyła się wcale nie tak dawno temu. Do Sarajewa trafiliśmy nocą w trakcie ogromnego święta, dzięki czemu udało nam się musnąć choć trochę miejskiego nocnego życia. Zapamiętałam je jako miejsce pięknych ludzi, przesłodkiej baklavy i kremu z soczewicy. Przepis na moją wersję już niebawem na blogu.

 

Inat Kuca, czyli przekorny dom lub dom niezgody. Właściciel tego domu dwukrotnie go przenosił z miejsca na miejsce, nie chcąc zgodzić się na wyburzenie go pod budowę meczetu i ratusza. Dla nas Inat Kuca stał się domem niezgody przez restaurację, która znajduje się na parterze. Gdy chcieliśmy zamówić coś do picia, okazało się, że wymogiem jest zamówienie czegoś także do jedzenia. Z uzupełnionymi wcześniej brzuchami, podziękowaliśmy i odhaczyliśmy naszą wizytę.

 

Podczas naszej wyprawy, dwukrotnie spaliśmy pod namiotem. Pierwszego razu, rozbudził moje zmysły znajomy zapach. Spaliśmy pod drzewem świętojańskim! Podczas drugiej nocy, nad głowami mieliśmy drzewa oliwne. Oprócz tych smaków i zapachów, przegryzałam samodzielnie zerwane z drzewa granaty, podziwiałam dojrzewające mandarynki, smakowałam albańskich grillowanych krewetek oraz najprawdziwszej greckiej sałatki i tzatziki.
 


 Przesiewając swoją pamięć, nie sposób opowiedzieć o wszystkich obrazach, które ujrzałam. Opowiem jednak o Albanii, która zachwyciła nas wszystkich. Z początku wydała się krajem kontrastów i tak naprawdę coś w tym jest. Przejechaliśmy ją od północy do południa i to była najlepsza decyzja, jaką podjęliśmy. W Szkodrze widziałam mężczyznę spacerującego z niedźwiedziem po centrum miasta, w Ksamilu natomiast spędziłam dwa dni na najcudowniejszej niebiańskiej plaży i zjadłam rewelacyjne grillowanie krewetki. Nic dziwnego, że nazywana jest europejskim Bora-Bora (nawet mieszkańcy lubią tak określać to miasto – można znaleźć tam hostele, markety, ulice… wszystko Bora-Bora:)).
  

Nieświadoma widoków i smaków, które na nas czekały, zachwycam się nimi raz jeszcze. Aby choć na trochę ocieplić zmarznięte dłonie i zszargane od zimna gardło. Październiku, dziękuję za ten czas.

 

Witaj listopadzie!

 



6 thoughts on “Bałkany i kuchnia. Przegryzam ciepły październik”

  • Strasznie nie lubię rachatłukum, ale za to kocham baklawę. Moje tegoroczne Bałkany ograniczyłam do Czarnogóry i Albanii, ale już wiem, że jeszcze wrócę w tamte rejony. Nieziemskie mięso, które pochłaniałam w hurtowych ilościach było cudowne. Jako najbardziej mięsożerna kobieta świata… nie mogę sobie odmówić tej przyjemności.

    • @Aneta, coś w tym rachatłukum jest takiego, że nie da się tym delektować na dłużej.
      Albania to kraj, do którego zdecydowanie chcę wrócić jak najszybciej, szczególnie jego południowej części. Ja nie miałam tego szczęścia, rozsmakować się w dobrze przygotowanej plejskavici czy cevapcici 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *