Nie płacz nad rozlanymi drożdżami, czyli brioche doskonała

 

W skrócie to wyglądało tak. Już po przebudzeniu towarzyszył mi dziwny ucisk w brzuchu, zupełnie jakbym się czymś stresowała lub czegoś obawiała. Nie było jednak powodu – jest przecież niedziela. Nie wiedziałam jednak, co mnie czeka.

 

Najpierw z wysokiego naczynia wylał mi się rosnący drożdżowy zaczyn, potem na blat przechylił się kubek pełen płynnego masła, uroczo muskając moją ulubioną koszulkę. Następnie rozsypała mi się mąka, która sprawiła, że w kuchni zapanowała śnieżna zima. Na koniec, gdy tę nieszczęsną mąkę chciałam schować do górnej szafki, zaatakowała mnie mieszkająca tam puszka pomidorów, bez skrępowania uderzając mnie z całej siły swoim okrutnie nieprzyjemnym okryciem. Wisienką na torcie miało być ciasto, które najpierw było zbyt klejące, a potem zbyt suche. Brioszka jednak zwyciężyła, pogłaskała moje bolące ramię i ukoiła zszargane nerwy.

 

Był taki czas, że mocno obawiałam się ciasta drożdżowego. Wydawało mi się zbyt skomplikowane, niezwykle kapryśne i zarezerwowane tylko dla osób z wieloletnim stażem. Wszystko zmieniło się, gdy pierwszy raz zrobiłam chałkę. Może i nie była wypiekiem o idealnych rysach, ale konsystencja i zgranie z miodem i masłem orzechowym sprawiła, że na dobre pożegnałam się z kupowaniem jej w osiedlowej piekarni. Po chałce przyszedł czas na popularny w wirtualnym świecie „kwiat z czekoladą”, który był wymarzonym znaleziskiem mojego M. Przewinęłam się też przez klasyczne ziołowe bułeczki i śniadaniowe rogale, aby tym razem zaznjomić się z brioche.

 

Przyznam się, że wypiek brioszki już dawno miałam na swojej liście „do zrobienia”, jednak do tej pory obserwowałam ją tylko z boku, nie angażując w to niczego innego prócz wygłodniałych oczu i niezaspokojonej głowy. Tym razem się udało. Mimo rozsypanej mąki, wylanych drożdży i maślanego blatu, brioche w połączeniu z jagodami (tak, tymi samymi, które towarzyszył mi także przy śniadaniowych muffinach) stała się naszym nowym domownikiem.

 

Brioche z jagodami

 

Składniki:

zaczyn:

  • 50 g świeżych drożdży
  • 1/3 szklanki ciepłego mleka
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżka mąki

ciasto:

  • 420 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka soli
  • 50 g cukru
  • 3 jajka
  • 1/2 szklanki płynnego masła + 2 łyżki miękkiego masła

 

Sposób przyrządzania:

Zrobić zaczyn: pokruszone drożdże wymieszać z mlekiem, cukrem i mąką. Odstawić do wyrośnięcia z głębokim naczyniu na kilka minut (choć nad rozlanymi drożdżami nie ma co płakać, polecam jednak tego unikać i zabezpieczać się pojemnym kubkiem lub rondlem).
Do miski wsypać przesianą mąkę, sól, jajka, cukier i drożdżowy zaczyn. Chwilę wyrabiać i dodać płynne oraz miękkie masło.
Cierpliwie wyrabiać, aż ciasto będzie gładkie. Odstawić pod przykryciem na 1,5 godziny.
Po tym czasie uformować z ciasta ok, 12-13 kulek. Każdą z nich delikatnie rozpłaszczyć, włożyć niewielką łyżeczkę konfitury (u mnie jagodowa, ale świetnie sprawdzi się każdy smak). Nadzienie „przykryć” ciastem w taki sposób, ale zlepienie kulki było ułożone na spodzie. Ponownie odstawić na pół godziny w ciepłe miejsce. W tym czasie nagrzać piekarnik do 180 stopni.
Wyrośnięte kuleczki posmarować rozkłóconym jajkiem z odrobiną mleka i posypać posiekanymi orzechami. Piec przez 30 minut. Jeśli ciasto w trakcie pieczenia zbyt mocno się zarumieni, należy wyłożyć na wierzch płat folii.
Cudownie smakuje zarówno na ciepło, jak i zimno przy kubku kakao.

 

 
 
 

 

Smacznego!